Eurosieroty. O emigracji zarobkowej w literaturze najnowszej


„I nikt z bliskich nas o zgodę nie pytał”[1]

„Starzy Radosnego już piąty rok obsługiwali szkocki zmywak, a sam Radosny mieszkał z ciotką, której zbyt często chyba nie widywał. Guma
o swoich starych w ogóle nic nie mówił. Mieszkał wprawdzie z matką, ale matka wynalazła mu jakiegoś potwora na ojca zastępczego. W tydzień po tym, jak ten pierwszy z jego ojców wyjechał na saksy. Ponoć ojciec Gumy błyskawicznie wyczaił sprawę i wziął ostry rewanż. Dlatego teraz Guma ma zamiast dawnego taty jakieś przyrodnie rodzeństwo na holenderskiej granicy. I choć Gumie rozciągnęła się rodzina jak to guma ma w zwyczaju, pożytku z tego nie było. – Czasami dobrze jest mieć tylko matkę – uznał Wiktor ze smutną satysfakcją – o połowę problemów mniej...”[2] – to chyba najsmutniejszy, i najbardziej zgodny z obrazem współczesnych rodzin, fragment książki Barbary Kosmowskiej Samotni.pl. Wielu uczniów polskich szkół znajduje się często w podobnej sytuacji – ich rodzice wyjeżdżają za granicę w celach zarobkowych, do kraju przyjeżdżają na święta. Dzieci pozostają pod opieką dziadków, starszego rodzeństwa, wujostwa. Zdarza się, że matka czy ojciec w innym kraju zakładają nowe rodziny, które „starsze” dzieci znają tylko z MMS-ów. Jak podaje GUS, „w początkowym okresie członkostwa Polski w UE obserwowany był znaczący wzrost emigracji z Polski. Otwarcie rynków pracy zachęcało Polaków do podejmowania pracy za granicą. W 2007 r. liczba Polaków przebywających czasowo za granicą osiągnęła najwyższą wartość szacowaną na 2270 tys. Kryzys finansowy, który wybuchł w 2008 r. na dużą skalę w USA, miał wpływ nie tylko na gospodarki wielu krajów, ale również na wielkość i kierunki migracji zagranicznych. Polska statystyka migracji również odnotowała zmiany w liczbie przyjazdów do Polski i wyjazdów za granicę. W 2008 r. zaobserwowano niewielki spadek liczby Polaków przebywających czasowo za granicą. W latach 2009-2010 liczba ta kształtowała się na niższym poziomie i ulegała wahaniom”.[3]

Kamil, Konrad, Wojtek, Malwina... Liczba „eurosierot”, bo tak określa się (również w książce Kosmowskiej) dzieci, których rodzice pracują za granicą, jest zniewalająca. Przywołane w nagłówku słowa „I nikt z bliskich nas o zgodę nie pytał” odnoszą się zarówno do dzieci pozostawionych przez rodziców w kraju, jak i dzieci osieroconych. Zdaje się jednak, że łatwiej żyć głównej bohaterce Joannie, której matka zmarła, niż dzieciom porzuconym przez rodziców. Joanna ma wszak zdjęcia, listy, które pisała do niej mama, zaś inni mają tylko nienajlepsze wspomnienia. Kai, przyjaciółce Joanny, dzieciństwo kojarzy się jedynie z obrazem płaczącej matki: „W domu zimno, dzieciaki rozwrzeszczane, a oni tylko kłótnie i kłótnie. Myślałam, że to przeze mnie, że za mało pomagam. Nie nadążam ze sprzątaniem i gotowaniem. To był koszmar. Więc jak ojciec pierwszy raz wyjechał, żeby zarobić, a mama nabrała wiary, że znowu im się ułoży, odetchnęłam z ulgą. Ale on wrócił tylko raz. Jej zostawił jakieś pieniądze, z nami pożartował. Dał chłopakom po samochodzie żelaźniaku. Mnie – lalkę Barbie, jakbym nie miała kim się opiekować. I tyle go widzieliśmy”.[4] Malwina, która mieszka u cioci i opiekuje się kuzynostwem, próbuje popełnić samobójstwo. Grupa chłopców, którzy godziny „w szkole nie przesiedzieli wszyscy razem wzięci”[5], ma negatywny wpływ na Wiktora, który – pod jej wpływem – pije, wagaruje, handluje skradzionym towarem, choć w domu gotuje rosół dla chorej babci, a nielegalnie zdobyte pieniądze przeznacza na inhalator dla ukochanej staruszki; i ma przy tym więcej wrażliwości niż by się wydawało – nosi sweter, który podarowała mu kiedyś matka, klei modele samolotów, bo jednym z nich miał polecieć kiedyś do matki do Anglii w odwiedziny, codziennie czeka na telefon z zagranicy, przechowuje pustą butelkę po perfumach... Gdy mama wyjeżdżała, schował się w kępie głogów, bo miał nadzieję, że ona – szukając syna – spóźni się na samolot. Nie spóźniła się.[6] Wojtek, bohater drugoplanowy, uważa, że rodzice zabrali im „zwyczajność”, czyli „kanapki do szkoły, namolne pytania o klasówki, własny kąt, choćby z upiornym rodzeństwem na głowie”, lecz na pytanie, czy nie miał ochoty jechać z nimi do Irlandii, odpowiada: „Byłbym idiotą!”.[7] Nasz kraj, który od czasów Wielkiej Emigracji co jakiś czas pustoszeje, przeżył jednak czas, gdy wiele osób wprost marzyło o wyjeździe na kojarzący się z luksusem i egzotyką Zachód, bo Polska to miejsce, gdzie „liczba mnoga od wyrazu „człowiek” to „kolejka” i gdzie nie można sięgnąć dna tylko dlatego, że już dawno ktoś je ukradł i sprzedał na części”.[8] Zielone jabłuszko, bo z niego pochodzi powyższy cytat, całe przepełnione jest motywem marzenia o ucieczce. Do ciekawszych fragmentów książki Izabeli Sowy należy ten o wizycie sekretarza Komitetu Wojewódzkiego w szkole:

- No więc, powiedz mi, młody człowieku, kim chcesz zostać?
- Emigrantem, towarzyszu sekretarzu.
- Mhm... – Sekretarz pokiwał głową. – Doskonale. A ty?
- Także emigrantem, towarzyszu sekretarzu. I kolega z prawej również – odpowiedział za Adasia Biedronkę Słoniu.
- No a koledzy po lewej? – dopytywał się sekretarz.
- My również chcemy zostać emigrantami, towarzyszu sekretarzu – huknęli zgodnym tonem koledzy po lewej.
- A urocze trojaczki z tyłu? – Sekretarz wskazał na Gracje, różowe z przejęcia jak ich kryształowe kokardy.
- My też myślimy o wyjeździe. Najlepiej na Manhattan – wyznały.
- No a koleżanka obok to mi wygląda na uczestniczkę olimpiad. Średnia pięć zero. Zgadza się?
- Cztery dziewięćdziesiąt dwa, niestety – wyszeptała Ola, zawstydzona. – To przez czwórkę z wuefu.

- Ale udział w olimpiadach...
- Jest, jest, jak najbardziej... – potwierdziła Huba. – I to uwieńczony licznymi sukcesami. Na przykład na wojewódzkiej olimpiadzie z angielskiego Aleksandra Pyzula zajęła wysokie trzecie miejsce, z fizyki zaś aż...
- Dobrze, znakomicie – przerwał jej sekretarz. – Więc powiedzcie mi, przodownico Aleksandro, gdzie widzicie swoje miejsce za parę lat?
- W toaletach domków jednorodzinnych na Staten Island. Chyba że trafi mi się opieka nad jakimś miłym żydowskim staruszkiem.[9]


Czy bohaterowie Zielonego jabłuszka mniej kochali swoją ojczyznę niż my lub młodzież z Samotnych.pl? Tak naprawdę każda fala emigracji wynikała z tego, że za granicą życie było albo łatwiejsze, albo bezpieczniejsze. Wystarczy chwilę przysłuchać się młodzieży, by – po pierwsze – usłyszeć jej rozczarowanie z powodu tego, że „brat jest magistrem, a nie może znaleźć pracy”, a po drugie – poznać niesłabnący zachwyt nad Zachodem, bo „tam to jest życie!”. Już u dzieci da się obserwować brak wiary w sens nauki, legalnej, systematycznej pracy, jak i w to, że marzenia w ogóle da się urzeczywistniać. W pewnym stopniu jest to na pewno bierne powielanie słyszanych w domu fraz lub kamuflowanie wewnętrznego cierpienia. Ale myślę, że dzieci – choć stęsknione za rodzicami – są jednocześnie przerażone wizją ich własnej przyszłości, gdyż są osłuchane z narzekaniami na Polskę, na to, że „tu nie można się niczego dorobić”, że „w tym kraju nie ma żadnych perspektyw”, że „młodzi ludzie w Polsce tylko wegetują, a nie żyją”. Jednak Anka z Zielonego jabłuszka, podobnie jak Wiktor z książki Kosmowskiej, chowała się przed wyjazdem mamy do Ameryki, „ale kiedy człowiek wyda kilka pensji na bilet, nie może sobie pozwolić na tanie sentymenty”.[10] Nawet więc w czasach wielkiego uwielbienia dla Zachodu rozstania były ciężkie.

Chodzi bowiem przede wszystkim o to, aby być razem. Człowiek, niezależnie od czasów, w których żyje, kocha ojczyznę nie mniej ani nie bardziej niż jego przodkowie – bo ojczyzna to przede wszystkim ludzie, którzy są nam bliscy. Ciężko być szczęśliwym poza granicami kraju bez rodziny, a – pozostając w Polsce – niełatwo żyć bez tych, którzy wyjechali.

 

Samotni.pl na języku polskim w gimnazjum

Dlaczego warto sięgnąć po tę lekturę? Powieść ta może stać się pretekstem do rozmów na wiele ważnych dla młodzieży tematów; należy do nich na przykład problem niebezpiecznej identyfikacji z grupą (dobry, lecz samotny nastolatek Wiktor obraca się w złym towarzystwie – zaczyna zajmować się paserstwem, grozi mu wydalenie ze szkoły). Można też pokusić się o próbę porównania motywów nauczyciela. W wielu lekturach nauczyciel przedstawiony jest jako „monstrum”, które nie rozumie swojego ucznia, gdy ten zmaga się z tyloma problemami, że nawet nie ma możliwości myśleć o nauce.[11] Polonistka Zosia patrzy na losy swoich uczniów inaczej: „A przecież moja klasa to ponad dwadzieścia życiorysów i setki osobistych spraw”.[12] To ona broni Wiktora przed dyrektorem, który obserwuje ucznia przez pryzmat rubryk i statystyk. To ona – zamiast matki – czuwa nad łóżkiem Malwiny, która próbowała popełnić samobójstwo. Rozmowa o tym motywie bez wątpienia będzie cenną lekcją dla nauczyciela.

Książka przede wszystkim może stać się podstawą do dyskusji na temat patriotyzmu. Temat emigracji natomiast wymaga delikatności. Wszak trzeba uważać, by poprzez ocenę zjawiska nie pogłębić dramatu dotkniętych tym problemem uczniów. Zostają oni bez rodziców i na pewno nie chcieliby usłyszeć z ust nauczyciela, że są „eurosierotami”. Dla uczniów patriotyzm jest pojęciem anachronicznym. Warto sprowokować młodzież do odpowiedzi na pytanie, czy można być patriotą w czasie pokoju, gdy nie ma wojny i powstań. Czy można być patriotą, gdy przebywa się za granicą? W jaki sposób można okazywać szacunek swojej ojczyźnie? Można też zachęcić uczniów do dyskusji na temat ich marzeń związanych z nauką i pracą oraz zapewnić, że warto realizować je za wszelką cenę, nawet jeśli będzie to na początku wydawać się bardzo trudne.

W pracy nad omawianiem motywu nostalgii niezwykle cenny może okazać się zwłaszcza jeden z ostatnich rozdziałów, zatytułowany w ten sam sposób, co cała książka. Na jego podstawie można przeprowadzić z uczniami ćwiczenia z zakresu analizy porównawczej kilku tekstów. Oto jego fragment:

„Kołdra pachnie świeżym praniem. Wiktor naciąga ją na głowę, ale sen nie przychodzi. W szemrzącym zwierzeniami radiu jakaś audycja o Polakach za granicą. Młodzik dość piskliwym głosem tęskni za narzeczoną, dwie zmywakowe siostry nie tęsknią za nikim. Właśnie się zakochały w Irlandczykach. Jakaś kobieta z uporem powtarza, że musi wrócić, tylko nie ma już do kogo. Ktoś narzeka na własny kraj, że go nie chce, choć tu, na obcej ziemi, lepszego od niego fachowca nie ma. Żaden wyspiarz tak dokładnie nie kładzie terakoty. Żaden nie potrafi z chropowatego tynku zrobić gładzi. Tak delikatnej, jak, za przeproszeniem, tyłek niemowlaka... A Polak potrafi – pęka z dumy fachowiec mówiący barytonem.

Wszyscy jesteśmy tacy sami – myśli Wiktor z nosem w poduszce. Samotni. Kropka. Peel. Czy tu, czy tam, samotność nosi się jednakową. Jakby była jakimś ciuchem pasującym na każdego.

A za oknem kawałek księżyca. Aż śmiesznie pomyśleć, że taki sam wisi nad Irlandią i nad mieszkaniem matki. Gdzieś na obrzeżach Londynu albo Birmingham. Albo bliżej Szkocji lub nad Morzem Północnym. Któż to wie, gdzie jest mieszkanie matki pędziwiatra... W każdym razie księżyc mamy wspólny – dochodzi do wniosku Wiktor, zanim na dobre zgasną wokół niego wszystkie światła i głosy...”[13]

 Proponuję, by szczegółowej analizie poddać pojawiający się w tym tekście motyw księżyca. Często ciało niebieskie pełni tu rolę medium pomiędzy dwoma krajami. W Starej Warszawie Jan Lechoń w podobnym celu posłużył się motywem słońca. Wiersz – wydany w tomie Marmur i róża – powstał w roku 1950. W tym czasie Lechoń przebywał w Ameryce. Wspomnienia Polski i dzieciństwa tam spędzonego implikują taki oto obraz:

„Jedną mgłą więc zachodzą: miłość nie dzielona,
Mnie tylko znane winy, śmieszna złuda sławy.
I tylko złote słońce, co nade mną kona,
Żywszym blaskiem oświeca dach starej Warszawy.”
(J. Lechoń, Stara Warszawa, w. 5-8)[14]

Słońce, które „kona” nad Ameryką, oświetla w tym samym czasie Warszawę. Opozycja pomiędzy ciemnością a jasnością świadczy być może o kontraście pomiędzy życiem obecnym a przywoływanymi obrazami z przeszłości. Symbolika światła może wiązać się też z idealizacją młodości spędzonej w Polsce. A może – po prostu – wieczór czy noc to tylko pora sprzyjająca rozmyślaniu, potęgująca uczucie nostalgii. Jednakże słońce nie przestaje istnieć, lecz łączy dwa miejsca na świecie.

Motyw ciała niebieskiego jako symbolu tęsknoty można odnaleźć już w poezji czasów Wielkiej Emigracji. Okazuje się, że skojarzenie z migracją ludności po upadku powstania listopadowego znalazło się także w książce Kosmowskiej. Zosia, nauczycielka-ideał (umiejąca dostrzec w niegrzecznym dziecku osobę nieszczęśliwą), udziela Wiktorowi bezpłatnych lekcji z języka polskiego. Opowiada mu o poezji XIX-wiecznej... „Jedni na emigracji tworzą poematy wypełnione miłością jak rurki kremem, inni emigrują, żeby o miłości zapomnieć – myśli chmurnie Wiktor, starannie notując wywody Zosi. – Szkoda, że mama nie jest wielką poetką. I że nie siła talentu zagnała ją do londyńskich zmywaków...”.[15]

Strofy Rozłączenia Juliusza Słowackiego są „wypełnione miłością” do matki. Tym razem dwa kraje, i dwie osoby, łączy gwiazda:
 „Nie wiesz, nad jaką górą wschodzi ta perełka,
Którąm wybrał dla ciebie za gwiazdeczkę-stróża;
Nie wiesz, że gdzieś daleko, aż u gór podnóża,
Za jeziorem – dojrzałem dwa z okien światełka.”
(J. Słowacki, Rozłączenie, w. 21-24)[16]

Jedną z gwiazd widzianych na szwajcarskim niebie Słowacki wybiera za „stróża” dla Salomei Bécu. Tylko syn potrafi sobie wyobrazić prawdziwy wizerunek matki. Widzi ją na tle zapamiętanego dworku krzemienieckiego. Ona zaś nie miała możliwości zapoznać się z widokami nad jeziorem Leman, nie widzi więc syna na tle szwajcarskiego krajobrazu. Ma ona jednak, będąc nawet w odległym Krzemieńcu, możliwość obserwowania tej gwiazdy, która pojawia się nad Veytoux.

„W każdym razie księżyc mamy wspólny” – pisze Kosmowska. Lechoń posługuje się motywem wspólnego słońca, zaś Słowacki – wspólnej gwiazdy. A to, że kierunek tęsknoty w przywołanych tu tekstach jest inny (wszak pani Słowacka jest „w ogródku” krzemienieckim czy przebywa „w cichej komnacie zamknięta”[17], zaś matka Wiktora to pędziwiatr, który przebywa w Anglii) potwierdza tylko moje zdanie, że w niewielkim stopniu tęsknimy za granicami administracyjnymi kraju, lecz za spędzonym w nim dzieciństwem i za osobami, które odegrały w nim najważniejszą rolę. Lechoń przywołuje w wierszu obraz swojego domu, dziecięcego chóru i postać Stanisława Balińskiego. Słowacki wspomina dom i matkę. Wiktor i jego znajomi zaś są w domu, a cierpią, choć w głębi serca wcale nie marzą o wyjeździe. W pewnym sensie tęsknota za rodzicami młodzieży z Samotnych.pl staje się tęsknotą za Polską, za zwyczajnym domem, bo dla człowieka ukochany człowiek jest synonimem ojczyzny.

______________________
dr Marzena Tyl
Gimnazjum nr 1 im. Książąt Oleśnickich w Oleśnicy



[1] B. Kosmowska, Samotni.pl, Warszawa 2011, s. 31.
[2] Tamże, s. 17.
[3] http://www.stat.gov.pl/gus/5840_3583_PLK_HTML.htm
[4] B. Kosmowska, dz. cyt., s. 89-90.
[5] Tamże, s. 16.
[6] Por. tamże, s. 156.
[7] Oba cytaty: tamże, s. 181.
[8] I. Sowa, Zielone jabłuszko, Warszawa 2004, s. 51.
[9] Tamże, s. 119-120.
[10] Tamże, s. 53.
[11] Por. sytuację Gabrysi z Kwiatu kalafiora. Gdy choruje jej mama, musi ona dbać o cały dom, choć nie jest do tego przygotowana, i jest przerażona na myśl o lekcjach fizyki: M. Musierowicz, Kwiat kalafiora, Kraków 1992, passim. Książki tej autorki znajdują się na liście lektur sugerowanych przez podstawę programową dla gimnazjum.
[12] B. Kosmowska, dz. cyt., s. 124. Zosia nazywana jest przez znajomych Siłaczką. Obecnie obowiązująca podstawa programowa dla gimnazjum nie proponuje omawiania Siłaczki S. Żeromskiego. W szkołach, w których mimo to sięga się po tę nowelę, można zwrócić uwagę uczniów na te relacje intertekstualne.
[13] Tamże, s. 211-212.
[14] J. Lechoń, Stara Warszawa [w:] tegoż, Poezje, oprac. M. Wełna, Lublin 1989, s. 136.
[15] B. Kosmowska, dz. cyt., s. 130.
[16] Korzystam z następującej edycji tekstu: J. Słowacki, Rozłączenie, [w:] tegoż, Wybór poezji, Warszawa 1955, s. 108-109.
[17] Tamże, s. 108, w. 3, 4.

1141760
Dzisiaj
Ten tydzień
Ten miesiąc
198
2318
7775

Twoje IP: 10.21.1.11

DODN


Informator


Platforma Fronter